wtorek, 3 grudnia 2013
poniedziałek, 2 grudnia 2013
niedziela, 1 grudnia 2013
Antykomunista
Ognisko dogasało. Tadzik rzucił między żarzące się węgielki kilkanaście kartofli, a gdy wreszcie uporał się z ich zagrzebaniem zapytał:
- A te krzyżyki na skroni to skąd Euzebiusz ma? - Stach i Maniek w jednej chwili zamarli, a jedyną oznaką ich życia były nerwowo poruszające się gałki oczne. - Żem kurdeczka we więźniu był - Euzebiusz uśmiechnął się. Co prawda i tak wszyscy się tego domyślali, ale dotychczas nikt nie miał odwagi o to zapytać.
- A za co? - drążył Tadzik.
- A kurdeczka za antykomuniste - radośnie odparł Euzebiusz.
Wojna w Zamordach wybuchła tego samego dnia, co w reszcie kraju - 13 grudnia. A konkretnie tuż po porannym piwie w barze "Morda". Wtedy to przez wieś przejechały dwa milicyjne "gaziki", zatrzymując się przy posterunku Milicji Obywatelskiej znajdującym się na przeciwko sklepu. Po kwadransie kogoś wyprowadzono i jeden z samochodów ruszył w drogę powrotną. Euzebiusz mruknął:
- Kurdeczka, Kajskiego zabrali.
A wtedy...
Otworzyły się drzwi drugiego samochodu i wyszła z niego młoda, elegancka kobieta. Długie pukle rudych włosów spływały jej na ramiona, a ogromny biust próbował uwolnić się z kajdan opinającego go futra z lisów. Kilku gapiów gwizdnęło z zachwytu, a Euzebiusz tylko mlasnął i szelmowsko uśmiechnął się.
Nowy komendant - Marek Moroń - był przykładem ślepo wierzącego ideowca, absolutnie przekonanego o dobrodziejstwach komunizmu. Szybko piął się po szczeblach władzy, a Zamordy - jako miejscowe centrum bimbrownictwa i krnąbrności obywateli socjalistycznej ojczyzny - miały być dla Moronia ostatnim egzaminem przed ważnym awansem i przeprowadzką do Komendy Wojewódzkiej. Liczył przy tym na wydatną pomoc równie ideowej żony Zofii.
Lato 1982 roku chyliło się ku końcowi. Moroniowi udało się dotychczas rozbić jedynie dwie, nic nie znaczące bimbrownie, a ich właścicieli na drugi dzięń i tak musiał wypuścić i odwieźć do szpitala, bo wpadli w delirium i bał się, że umrą. Podjęta na szeroką skalę akcja uświadamiania społeczeństwa, że bimber jest zły, a donos dobry nie przyniosła pożądanych efektów. Wpłynął tylko jeden anonim, na niejakiego Stacha, który rzekomo onanizuje się podglądając sprzedawczynię ze sklepu GS - obywatelkę Gertrudę.
Porażkę poniosła również Zofia, która próbowała propagandowo oddziaływać na miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich. Zniechęcona postanowiła zrobić sobie krótkie wakacje, w czym miało jej pomóc niedawno odkryte małe, leśnie jeziorko. Lubiła się nad nim opalać i chłodzić swe wspaniałe ciało w jego szafirowej toni. Gdy po kilku dniach stwierdziła, że jest tu absolutnie sama i nic jej nie grozi, z lubością zrzucała kostium kąpielowy pozwalając sobie na jeszcze bliższy kontakt z naturą.
Tymczasem kilkaset metrów dalej, w głębokim jarze, w skleconej ze starych skrzyń ziemiance pełną parą szła produkcja bimbru. Któregoś dnia gospodarz fabryczki usłyszał kobiecy śmiech. Wychynął się ponad brzeg jaru i zobaczył nagą kobietę baraszkującą w wodzie. Płomiennie rude włosy Zofii rozpaliły w nim najdziksze żądze.
- Kurdeczka... - oblizał suche wargi. A później wstał i pobiegł w kierunku jeziorka.
- Panie komendancie, chyba wreszcie coś mamy! - krzyknął posterunkowy Lepieszko wręczając Moroniowi pomiętą i zatłuszczoną kartkę papieru.
- Pszy jezioże pendzą bimber - odczytał.
- Wołać wszystkich, bierzemy broń i na akcję! - krzyknął podniecony Moroń.
Pięć minut później wraz z posterunkowymi: Lepieszką i Żmudą pędził rozklekotanym "gazikiem" na złamanie karku leśną drogą w kierunku jeziorka. Zatrzymali się kilkaset metrów przed nim. Ostrożnie, by nie spłoszyć bimbrowników, podczołgali się w kierunku miejsca wskazanego w anonimie. Gdy dotarli na miejsce, przy pomocy lornetek zaczęli lustrować okolicę.
- O, dupa panie komendancie - szepnął Lepieszko.
- Gdzie?
- Tam w krzakach, na lewo od zwalonego dębu - w głosie Lepieszki dało się wyczuć podniecenie.
Moroń skierował lornetkę we wskazanym kierunku i zobaczył pryszczaty, miarowo poruszający się tyłek. Przesunął wzrok odrobinę w lewo, a tam wielka, brudna łapa tłamsiła jeszcze większą pierś. Drugą zasłaniał gruby, rudy warkocz.
- Ożeszkur... - wycharczał, podskoczył na równe nogi i pobiegł w kierunku krzaków.
- A coo... co... no tu co robicie?! - zaświszczał ostatkiem tchu i złapał się za serce. Leżący na Zofii mężczyzna odwrócił się i beztrosko odparł:
- A kurdeczka, pieprzę komunę panie komendancie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)