poniedziałek, 2 września 2013

Czołg


Trzeci dzień siedzieliśmy w okopach. Głodni, spragnieni, niewyspani. Właśnie odparliśmy kolejne natarcie. Drogo nas to jednak kosztowało. Ale od godziny panowała cisza. Kto mógł, korzystał z niej, łapiąc kilka minut snu. Kuchnia nareszcie dostarczyła coś ciepłego do jedzenia, była też kawa i papierosy. Wróciły humory, zaczęliśmy nawet żartować.
To zadziwiające, jak niewiele trzeba, by znowu poczuć się zwykłym człowiekiem.
Nagle czar prysnął, wokół wyrosły gejzery wybuchów, słychać było narastający terkot broni maszynowej. Kule świszczały, ryk zbliżających się czołgów mieszał się w krzykiem pierwszych rannych i konających. Wróg przypuścił kolejne natarcie, tym razem znacznie silniejsze od poprzednich. Stalowe kolosy zbliżały się szeroką ławą, było ich chyba dziesięć. Za nimi gęstą tyralierą biegli żołnierze.
Początkowo nie strzelaliśmy, byli za daleko i szkoda kul. Tuliliśmy się więc do ścian okopów, modląc się, by nadlatujący właśnie pocisk ominął miejsce, w którym leżeliśmy.
Siedziałem w niewielkiej niszy, którą wykopałem dwa dni wcześniej. Wgryzłem się zaledwie pół metra w ścianę okopu, tyle jednak wystarczyło, by poczuć się bezpieczniej. Właściwie to nie miałem pojęcia na czym to bezpieczeństwo polega, ale sama świadomość, że mam namiastkę schronu była bardzo budująca.
Ostrzał ustał, wróg był już tak blisko, że ich artylerzyści bali się trafić w swoich. Po lewej odezwał się nasz ckm, zawtórował mu terkot karabinów maszynowych. Wśród atakujących padli pierwsi ranni i zabici. Przestawiłem kurek z ognia ciągłego na pojedynczy – odrzut karabinu jest wtedy mniejszy, można celniej strzelać. Przyłożyłem kolbę do ramienia, zmrużyłem jedno oko... czekałem... W szczerbince ukazała się sylwetka żołnierza... Strzał... padł na ziemię ale jeszcze się ruszał... Dobiłem go drugą kulą... Lufę skierowałem lekko w prawo... zobaczyłem wystającą ponad pagórek czyjąś głowę. Kolejny strzał, tym razem chybiony. Żołnierz schował się za drzewo... Po chwili strzelił. Niedaleko mnie rozprysnęło się kilka kul. Nie zwróciłem na nie uwagi, skupiłęm się na wrogu.
Czekał... Ja też... Wtem poderwał się do biegu, wtedy oddałem dwa strzały. Skulił się, po czym bezwładnie opadł na ziemię.
Koło mnie usłyszałem krzyk. Odwróciłem głowę – "Rudy" dostał w tętnicę szyjną. Krew buchała niczym woda z rozbitego hydrantu. Skonał zanim dobiegłem, by mu pomóc. Rozejrzałem się wokół, zaledwie kilku z nas jeszcze walczyło.
- A więc to teraz? – pomyślałem.
- Odwrót!!! – krzyk sierżanta wyrwał mnie z chwilowego odrętwienia.
Zabrałem leżące nieopodal magazynki do karabinu i nie oglądając się na nic wyskoczyłem z okopu. Do skraju lasu miałem zaledwie kilkadziesiąt metrów… Krew pulsowała w skroniach, płuca bolały, mięśnie nóg odmawiały posłuszeństwa… Wokół świszczały rykoszety.
Gdy dopadłem zbawiennej kępy drzew byłem na skraju utraty przytomności… Ale żyłem. Oparłem się o pień, dysząc ciężko… Serce waliło jak oszalałe. Wtedy coś powaliło mnie na ziemię. Odwróciłem się. To "Młody" z drugiego plutonu.
- Kurwa, dziadek, biegłeś jak na olimpiadzie – wyszczerzył zęby.
- Żebyś wiedział, jak na olimpiadzie… - wyszeptałem.

Ukryliśmy się w niewielkiej jamie pod korzeniami przewróconego drzewa. Kanonada trwała jeszcze kilkanaście minut. A potem nastała cisza. Po około kwadransie nasłuchiwania zdecydowaliśmy się opuścić kryjówkę. Pole bitwy było puste, gdzieniegdzie jedynie słychać jęki rannych i konających.
- Trzeba im pomóc – zawyrokowałem.
- Czołg! – krzyknął "Młody". Padliśmy na ziemię.
Zbliżał się do nas, jadąc wzdłuż ściany lasu. Kiedy był zaledwie o kilkanaście metrów od nas, "Młody" szepnął mi do ucha:
– Rozjebię go – poderwał się i kilkoma susami dopadł niewielkiego zagłębienia znajdującego się na drodze wozu. W ręce ściskał dwa granaty...
Pewnie udałoby mu się, gdyby nie czołgista, który w tym momencie wychylił się z włazu wieżyczki... A dół, w którym schował się "Młody" właśnie zniknął między gąsienicami czołgu.
- Może uda się szczeniakowi – pomyślałem.
Wtedy pojazd zatrzymał się. Trwał w tym bezruchu może sekundę, może dwie... A może całą wieczność. I nagle zaczął obracać się wokół własnej osi... Usłyszałem przeraźliwy krzyk, a po chwili na gąsienicy zakrwawiony ochłap, który jeszcze przed chwilą był nogą "Młodego".
Wyskoczyłem zza drzewa, dopadłem stalowego cielska. Czołgista zauważył mnie kątem oka i próbował zatrzasnąć właz wieżyczki. Za późno. Kolba mojego karabinu właśnie pozbawiła go szczęki. Bezwładnie osunął się do środka. W ślad za nim wrzuciłem granat i zatrzasnąłem właz... 3... 2... 1... głucha eksplozja i... cisza. Łzy płynęły mi po policzkach, oparłem się o wieżyczkę…
- Dlaczego? – pomyślałem. I wtedy padł pierwszy strzał. Odebrało mi dech, wszystko wokół zawirowało… Poczułem piekący ból w prawej piersi. Niezdarnie próbowałem chwycić się anteny. Wydawała się tak odległa. Było mi słabo, czułem pragnienie. Nie miałem siły, osunąłem się na pancerz, opierając się o brzeg wieżyczki. Wtedy padł drugi strzał, który rozerwał mi kolano.
- Jesteś mój... Mój... - wyszeptała Śmierć.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...